5 podcinających tekstów, które usłyszałem i zamieniłem na swoją korzyść

Każdy, kto gdzieś doszedł, niezmiennie będzie opowiadał o trudnej ścieżce. Spotyka się na niej demony – problemy, które pokonawszy, wzmacniają i umożliwiają wejście na następny poziom. Te problemy są często reprezentowane przez ludzi, którzy z jakiegoś względu weszli w rolę wrogów. To tylko pozory – zadaniem tych ludzi jest Cię przygotować na dużo większe wyzwania, a ból relacji z nimi jest konieczny do zbudowania kolejnych zasobów. Ponieważ z perspektywy kilkunastu lat pracy mam wiele takich historii, dziś podzielę się z Wami najbardziej zapamiętanymi, podcinającymi tekstami, które dały mi z czasem ogromną siłę.

1. „Zainteresowanie nim jest chwilowe, zaraz minie”

Ten tekst był pierwszym podcinaczem. Kilkanaście lat temu, gdy zaczynałem moją pracę usłyszałem, że jestem przemijającą modą i na pewno się znudzę. Nie mogłem zrozumieć, jak można komuś źle życzyć. Oj, nie wiedziałem co mnie spotka w ciągu następnych kilkunastu lat…

Pomyślałem wtedy: Chwila, ja się dopiero rozpędzam. W efekcie, dziś mam tytuł najpopularniejszego coacha w kraju i w ciągu kilku miesięcy przekroczę 200 tysięcy ludzi na FB. I nadal myślę to samo – że ciągle się rozpędzam. Skupiam się na tym, co będę potrafił i gdzie będę mając lat 50. Wniosek: myśl bardzo długoterminowo.

2. „Będzie Pan brał leki do końca życia”

We wrześniu 2010 roku skończyłem szkolenie trenerskie i wróciłem do domu. Oglądałem film i w pewnej chwili wstałem do toalety.
To, co pamiętam potem, to obecność obcych ludzi w mieszkaniu.
Kobietę trzymającą mnie za głowę, ale nie pamiętałem, że jest moją żoną… Siebie wypluwającego fragmenty zębów.
Krew lecącą z twarzy.Przez wielką mgłą mi tłumaczą, że się przewróciłem i upadłem na posadzkę. Straciłem przytomność, lecąc jak długi, uderzyłem głową w twardą podłogę.
Wiozą mnie w karetce do szpitala, gdzie czekam kilka godzin.
Czuję się już OK, chcę wracać do domu. Robią EKG — wychodzi,
że mam migotanie przedsionków i muszę zostać w szpitalu.
Nie jest dobrze. Kładą mnie w korytarzu, bo nie ma miejsc na salach.
Na drugi dzień robią mi wszystkie możliwe badania. Leżę
w korytarzu, obok chodzą smutni ludzie chorzy na serce. Lekarze
stwierdzają niebezpieczną dla życia arytmię. Chcą, bym podpisał
zgodę na zabieg kardiowersji dnia następnego — defibrylatorem
zatrzymają mi akcję serca, by za chwilę je doprowadzić do właściwego rytmu.
Jestem przerażony. Ten zabieg może skończyć się śmiercią.
Jednoczenie przez arytmię absolutnie nie mogę funkcjonować.
Mam w jednej chwili wysoki puls i dużo energii, za chwil niski
i chce mi się spać. Podejmuję decyzję, że nie zrobię zabiegu
i wyjdę z tego inaczej.
Zaczyna się proces pracy ze sobą. Mam 24 godziny do zabiegu. Medytuję. Robię wizualizacje. Zmieniam emocje. Odpalam silne wspomnienia mocy. Mam włączony monolog mówiący do mnie, jak szybko wychodzę z choroby.
Tak cały czas, przez cały dzień.
Odwiedza mnie żona w szpitalu. Nie wspomniałem, że była
wtedy w siódmym miesiącu ciąży. Widziała, jak z dnia na dzień
jej mąż z pełnego sił faceta zamienia się w sinoszare zombie.
Nie potrafię nawet sobie wyobrazić, co musiała wtedy czuć.
Pracuję non stop. Na drugi dzień budzę się rano i serce pracuje normalnie. Mimo tego, że miałem mieć kardiowersję i zostać w szpitalu dwa tygodnie, wychodzę stamtąd tego samego dnia. Lekarze nie mogą uwierzyć, część żegna mnie tekstami: „Pan tu jeszcze wróci”. A ja sobie myślę, jak to dobrze, że moim autorytetem nigdy nie był ktoś, kto wierzy bardziej w teorię ze studiów niż w człowieka.
Następnego dnia jadę do najlepszego kardiologa w mieście. Potwierdza wcześniejsze diagnozy: nadciśnienie i hipertrofia lewej komory serca (przerost lewej komory miałem stwierdzony już w 18. roku życia, tak zwane serce sportowca). Remedium: beta-blokery na nadciśnienie do końca życia, z  przerostem nic się nie zrobi. Mówię mu: jak mogę zmniejszyć ten mięsień sercowy? On na to, że nie da rady w moim wieku. Ja mówię, że zawsze da radę. Wychodzę.
W ciągu następnych 10 miesięcy przechodzę jeden z najtrudniejszych okresów w swoim życiu. Czegokolwiek nie próbuję, nie działa. Akupunktura. Tapping. Dieta. Chudnę po raz kolejny. Sporty. Ziołolecznictwo. Odwiedzanie różnych ekspertów, z każdej możliwej dziedziny. Każdego dnia coś robię. Kilka razy oczyszczam wątrobę, pozostałe organy też. Medytacja. Wszystko poza medycyną akademicką — ona mnie skreśliła i jedyne, co zaproponowała, to leki do końca życia. Ile razy chcę się poddać, wtedy żona mnie trzyma i mówi: „Ty nie dasz rady? Mateusz Grzesiak nie da rady?”. Po kilku miesiącach coś drgnęło. Ciśnienie raz spada, raz rośnie — mam sinusoidy. Idę dalej.
Zmieniam dietę: kasuję gluten i czerwone mięso, jem więcej
warzyw. Uprawiam sport każdego dnia – bieganie i basen.
Medytuję każdego dnia. Piję obrzydliwe zioła. Akupunktura kilka razy w tygodniu.
Ciśnienie w końcu zaczyna się obniżać. Po pół roku widzę
trend opadający. Po prawie roku, gdy pracuję w Meksyku, idę
do znajomej kardiolożki, która rok przed wypadkiem robiła mi
badania i zdiagnozowała przerost lewej komory. Robi wszystkie
badania i próby wysiłkowe. Dostaję wyniki. Serce wróciło do zdrowych rozmiarów. Siadam na łóżku i ryczę jak dziecko. Prawie rok walki z wątpliwościami, ograniczeniami modeli medycznych, nauki, racjonalizmu. Rok wiary, że dokonam niemożliwego. Rok kłucia się igłami, picia obrzydliwych ziół, odwiedzania wszelkiej maści znachorów. Udało się. Udało się wtedy, gdy zaakceptowałem, że być może będę to miał do końca życia.
Wracam do Polski, pokazuję wyniki „najlepszemu kardiologowi”.
Nie może uwierzyć. Potem mówi, że będzie mnie obwoził
po uczelniach jako przykład zawziętości i cudotwórstwa. Jako pamiątka pozostają mi badania pokazujące wynik. To najlepszy certyfikat, który kiedykolwiek dostałem. I sam go sobie wystawiłem.

Dziś jest 2015. Nie mam migotania przedsionków, nie mam hipertrofii, nie mam nadciśnienia. Nie biorę żadnych leków. Gdybym uwierzył tamtemu lekarzowi, nigdy bym nie podjął działania. Ale to były jego ograniczenia, nie moje. Wniosek: ograniczenia innych nie są Twoje. Zawsze jest sposób, a jeśli świat jeszcze o nim nie wie, to musisz być pierwszym, który to odkryje. Parafrazując jedną reklamę, śpiewam w głos: ograniczenia innych nie interesują mnie. Dopóki nie odbiorą Ci nadziei, prowadzisz w grze.

3. „Jest zarozumiały”

Wielokrotnie, gdy opowiadałem o moich planach. Nawet kiedyś się wstydziłem i tak jak typowy Polak, deprecjonowałem swoją wartość i udawałem przeciętność. Dziś już wiem, jak bardzo poniżające to jest.

Nie interesuje mnie ani bycie przeciętnym, ani zwykłym, ani normalnym. Interesuje mnie zmiana świata i zostawienie po sobie lepszej planety. Wyjątkowość i przejście do historii to coś, co zawsze mi przyświecało. Nie wynika to z zarozumialstwa, ale zrozumienia, że każdy z nas ma potencjał na bycie Einsteinem, Gandhim, Curie-Skłodowską. Myślę największymi kategoriami i albo osiągnę to, co zamierzam, albo umrę próbując. Mnie po prostu nie interesuje nic innego niż globalny sukces i zmiana mentalności planety za pomocą edukacji miękkiej.

Wniosek: ludzie boją się swojej wyjątkowości bardziej niż utraty akceptacji tych, których w gruncie rzeczy mają w dupie. Mi nie zależy na akceptacji, tylko na sensie życia i zmianie świata. Nie daj się zwieść bajce o przeciętności. Nie jesteś przeciętny, nigdy nie byłeś, więc nie udawaj i weź się do roboty. Szczególnie w Polsce – Polacy osiągnęli nieświadomy prym w zabijaniu geniuszu i ściągania w dół. Nie daj się wciągnąć w bajkę o tym, że bycie zwykłym jest ok. Nie jest. To samobójstwo. Nie oszukuj dziecka, że w pracy „Ci wyszło”, „udało się”, „było ok”. Powiedz mu prawdę – synu, Twój tata dziś pokazał wielką inteligencję. I naucz go, jak może osiągnąć więcej od Ciebie w krótszym czasie.

4. „Tego się nie da zrobić”

Gdy 9 lat temu zacząłem uczyć ludzi języka obcego w tydzień. Od tamtej pory odwiedziłem kilkanaście państw i w każdym z nich z sukcesem uczyłem metody Fast Languages https://www.youtube.com/watch?v=78FpZVVEpk8. Po portugalsku wykładałem w Sao Paulo po 40 godzinach nauki. Za każdym razem, gdy słyszę: tego się nie da zrobić, budzi się we mnie buntownik, który myśli: skoro mu się nie udało, to nie znaczy że nie uda się komuś innemu. Ludzie projektują swoje ograniczenia na innych i sądzą, że jak oni nie potrafią, to jest to obiektywny fakt na temat świata. Nie, nie jest. To, że ktoś czegoś nie umie świadczy tylko o jego poziomie niekompetencji.

5. „Mówisz z akcentem”

To wtedy, gdy mówiłem że wkrótce wejdę na rynek amerykański. Usłyszałem, że mówię z akcentem i że się tam nie przebiję. I wtedy, z jakiegoś względu, pojawiło się w głowie jakże dobitne: „pocałuj mnie w dupę”. Wykładałem po polsku, włosku, angielsku, hiszpańsku i portugalsku, prowadząc tygodniowe szkolenia i mówiąc kilka lub więcej godzin więcej w tych językach. Takie teksty wynikają z przekonania, że trzeba być idealnym, by robić duże rzeczy. Nie trzeba. Trzeba mieć odwagę, zapał, być bardzo kompetentnym. Gdyby Arnold Schwarzenegger kupił taki tekst (też słyszał), najsłynniejsza fraza filmowa: I`ll be back Terminatora nigdy by nie powstała. Nie interesuje mnie mówienie bez akcentu – jeśli masz wiedzę, możesz kaleczyć język i tak będziesz chętnie słuchany. Nie masz być wytoszopowaną zabawką dla widza, ale ekspertem w określonej dziedzinie. I tym się bronisz.

Było wiele innych tekstów, które miały być ograniczeniem. Ale okazały się być wsparciem. Im bardziej słyszałem, że czegoś się nie da, tym bardziej rozumiałem, że ci ludzie nic nie osiągną, bo się boją porażki. Im więcej hejtu widziałem, tym bardziej rozumiałem, jak warto jest być życzliwym i odcinać się od toksyny.

To wszystko mnie uwolniło i dało siłę. I Tobie też może.
Nie jesteś ograniczeniami innych. Daj im spokój i rób swoje.

 

https://www.youtube.com/watch?v=78FpZVVEpk8

Jedna opinia

  1. Bardzo konkretnie napisane. Tego dziś potrzebowałam i właśnie w tym miejscu od Pana to dostałam. Także dziękuje bardzo 🙂 Również życzę dalszej wytrwałości i sukcesów. Pozdrawiam.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *